Norweska kpina – podsumowanie PŚ w lotach w Vikersund

Po skandalicznym finale Mistrzostw Świata w narciarstwie klasycznym w norweskim Trondheim, następnym przystankiem był cykl Raw Air i dwie, położone dość blisko siebie lokalizacje. Finał odbył się rzecz jasna na Vikersundbakken w Vikersund, na której w 2017 roku padł rekord świata ustanowiony w oficjalnych zawodach FIS.

Piątek: rodzina Prevc kontra reszta świata

Gdyby ktoś mi powiedział parę dni wcześniej, że w piątek zobaczymy najstabilniejszą rywalizację w ciągu całego weekendu, to popukałbym się w czoło. Rzeczywiście, wiatr nie przeszkadzał, nie było gwałtownych decyzji jury (nawet przed skokami Eirin Marii Kvandal nie było wówczas przerażająco dużych zjazdów z belką startową, chociaż pierwszy zjazd był niezrozumiały, bo z inicjatywy trenera, no ale to trening…). Dwa loty na 236 metr w wykonaniu Niki Prevc pokazały, do czego ta młoda Słowenka jest zdolna na skoczniach do lotów narciarskich. I to przy lekkim wietrze w plecy. Fenomen to mało powiedziane.

Po południu pojawili się natomiast mężczyźni. Wiatr się zmienił – zaczęło wiać mocno i równo pod narty, co sprawiło, że jury ustawiło belkę nieprawdopodobnie nisko, bo na 7 stopniu (czas pokazał, że niżej już nie zeszli). I znów mieliśmy do czynienia z dominacją jednego zawodnika. A właściwie – Domenacją. Domen Prevc w każdej z piątkowej sesji odsadzał konkurencję na co najmniej jedną długość. Było więc wiadomo, że przy stabilnych warunkach będzie nie do zatrzymania. Matka Natura miała jednak inne plany…

Sobota: cyrk, cyrk i jeszcze raz cyrk

A miało być tak pięknie… Prognozy pogody nie zapowiadały kataklizmu, bowiem miało wiać około 2-3 m/s. Serię próbną też udało się rozegrać w całości mimo dość dynamicznie zmieniających się warunków. Niestety, pierwszy fikołek miał miejsce właśnie tam – obniżenie belki dla Kvandal o cztery (!) stopnie – i to przez jury – pokazało po raz kolejny, że niektórzy ludzie na widok Norweżki szykującej się do skoku nagle nabawiają się problemów z układem pokarmowym i podejmują skrajnie bezsensowne decyzje, niepoparte rzetelną analizą ani nawet odrobiną logicznego pomyślunku. Podczas konkursu sytuacja wymknęła się jednak spod kontroli. Wiatr oszalał i spowodował, że jury zawodów podejmowało decyzje w niemal ekspresowym tempie. Po skoku Seliny Freitag na (niektórzy by powiedzieli, że zawrotne) 198 metrów, inba ruszyła pełną parą. Zjazd z belką w tej sytuacji już nawet o jeden stopień był pozbawiony jakiegokolwiek sensu, a nastąpił on aż o trzy stopnie… Można było dokończyć ten konkurs wychodząc poniekąd z twarzą, a to obniżenie belki zapoczątkowało serię, której w normalnym świecie by się nie wydarzyły. Kvandal cieszyła się z tego, że wylądowała stosunkowo niewiele za bulą, a Nika Prevc już nie mogła odepchnąć się z belki, bo wiatr uznał, że ta zabawa nie ma sensu i zaczął już totalnie wariować, momentami przekraczając nawet 11 m/s. Konkurs został odwołany, a można było go doprowadzić do szczęśliwego końca. Wystarczyło tylko nie obniżać belki pannie Kvandal…

Podjęto więc próbę restartu w miejsce serii próbnej mężczyzn. Warunki były już stabilniejsze, a jury ustawiło belkę dość nisko, żeby uniknąć jej zmian. Nie uniknęli. Znowu przed Kvandal. Ale sprawiedliwość wygrała – Prevc pierwsza, a Kvandal poza podium.

A potem nadszedł czas na konkurs panów. Mimo dość wysokiej belki (stopień numer 10) ciężko się to oglądało w pierwszej serii, bowiem skoczków po przeleceniu buli zaczęło niemiłosiernie dusić do zeskoku. Momentami potrafiło wiać na zeskoku z każdej strony, co częściowo wypaczyło rezultaty. Dość powiedzieć, że prześlizgnięcie się przed punkt K potrafiło dać miejsce pod koniec pierwszej dziesiątki! Na drugą serię jury pojechało z belką dość mocno do góry, spodziewając się typowego dla tej skoczni po godzinie 18:00 przeciągu w plecy. Matka Natura postanowiła jednak zabawić się ze skoczkami w kotka i myszkę. Wiatr zaczął wiać byle jak i byle gdzie, w porywach dochodząc do 8 m/s. Pomimo, iż było 10 skoczków mniej niż w pierwszej serii, finałowa runda trwała kilkadziesiąt minut dłużej, a momentami decyzja o odwołaniu jej wisiała niemalże na włosku… Udało się jednak wymęczyć tę serię, ale na jej wyniki nie dało się patrzeć. Nikomu niepotrzebne obniżenie belki po nieustanym skoku Domena Prevca na 239 metrów oraz drugie miejsce Timiego Zajca mimo nędznych 208 metrów, ale przy blisko 30-punktowym bonusie za wiatr niech będą idealnym podsumowaniem tego konkursu. A, zapomniałem dodać, że Sakutaro Kobayashi mimo skoku na 176 metrów wyciągnął się w ostatecznym rozrachunku na najwyższe w karierze 12 miejsce. Niecałe 40 punktów za wiatr w plecy okazało się być wybawieniem dla jeszcze raczkującego na lotach Japończyka.

Niedziela: kontynuacja farsy z happy endem (?)

Od początku prognozy nie zapowiadały niczego dobrego: miało wiać nawet 4-5 m/s. Nie dość, że wiatr okazał się być rzeczywiście mocny, to w dodatku był niezwykle zmienny. Spowodowało to, że loty kobiet tego dnia były bez historii: skoczyło tylko 15 Pań w serii próbnej (też bez rewelacji), a potem nie udało się już niczego rozegrać. Czekano więc na zmagania mężczyzn, które też były zagrożone przez wiatr.

Prolog odwołano przed skokiem Maximiliana Ortnera. Oczywiście z powodu silnego i niestabilnego wiatru. Konkurs też zaczął się ze sporym opóźnieniem – wyniosło ono aż 40 minut. Jak już udało się wystartować, to mieliśmy do czynienia z niezwykłymi męczarniami. Skoczkowie z początku stawki klepali bulę aż miło, ale po podniesieniu belki na stopień 12 warunki postanowiły się ustabilizować na przyzwoitym poziomie. Wtem wjechała dość niezrozumiała decyzja o nierozgrywaniu serii finałowej. Ale karawana musi jechać dalej. Lovro Kos lotem na 216 metr odblokował poniekąd to „widowisko”. Jednakże wisienką na torcie, zgodnie z oczekiwaniami, był lot Domena Prevca. Najmłodszy z braci pokazał, kto w ostatnim czasie jest na topie w światowych skokach. 247 metrów wykończone pięknym telemarkiem było po prostu czymś niezwykłym. Było już wiadome, że Słoweńca nikt nie pokona. To był wzór: Domen pokazał, jak idealnie wyjść z progu na tym obiekcie, jak lecieć, a na końcu pokazał, jak na tej skoczni lądować. Kąt podejścia był tak doskonały, że niektórzy zaczęli się zastanawiać, czy przypadkiem znowu nie majstrowali na dole zeskoku Vikersundbakken (no niekoniecznie…). Uff, udało się to dokończyć.

Podsumowanie

Od momentu przebudowy Vikersundbakken w 2010 roku był to chyba najgorszy weekend w tej lokalizacji. Skandaliczny piątek na MŚwL 2012 mógł się schować przy tym, co widzieliśmy w tym roku (no, nie licząc piątku). Te zmagania dodatkowo obnażyły to, co Norwegowie robią w ostatnich latach z formułą Raw Air, żeby jeszcze poprawić jej atrakcyjność. W połączeniu ze skandalem sprzętowym na MŚ w Trondheim, który może doprowadzić do poważnych problemów finansowych w norweskich skokach, daje to argument dla zakończenia historii tego touru, którego początki były jeszcze obiecujące…

Teraz pora na nikomu niepotrzebny przerywnik w postaci Lahti Ski Games. Osoby, które po raz kolejny wymyśliły wciskanie tej dość nijakiej skoczni o hill size umiejscowionym na raptem 130 metrze do kalendarza między dwa „mamuty”, nie powinny mieć więcej prawa głosu w sprawie ustalania tego kalendarza. Po prostu wystarczy olać ten weekend i zacząć przygotowania do wielkiego finału sezonu w Planicy. Oby tam było już normalnie…

Źródło grafiki: kolekcja własna